Beskidzcy zbojnicy

Starożytne jak i współczesne wierzenia.

Moderator: Redaktorzy

Awatar użytkownika
Lakshmi
VIP
VIP
Posty: 589
Rejestracja: 13 sty 2016, 19:34
Podziękował: 125 razy
Podziękowano: 282 razy

Beskidzcy zbojnicy

Postautor: Lakshmi » 23 lut 2016, 18:51

Zbójników za odwagę, honor i fantazję kochały dziewczęta, a lud śpiewał o nich pieśni. Byli postrachem bogatych, a szczególnie niesprawiedliwych panów. Rabowali mienie, które częściowo rozdawali biednym, stając w ich obronie. Toteż wielu z nich lud uważał za swoich bohaterów. Ci musieli się ukrywać przed władzami, które ich ścigały. Urządzano na nich zasadzki i obławy. Przy schwytaniu nie było dla nich litości. Szlachta, przeciwko której w głównej mierze skierowana była działalność zbójników starała się ich wszelkimi sposobami i za wszelką ceną wytępić. Przez zbójeckie napady na kupców mieszczanie także byli ustosunkowani do zbójników wrogo, gdyż taka działalność zagrażała ich majątkom i rozwojowi handlu. Chłopi odnosili się do zbójników przychylnie, pomagali im, donosili żywność i informacje. Wielkimi zwolennikami zbójników byli pasterze owiec - juhasi. Sam wygląd zbójników budził zazdrość wśród męskiej młodzieży góralskiej. Często nosili oni bogate, nabijane zrabowanym srebrem i złotem pasy, piękną zdobyczną broń, koszule z jedwabiu lub atłasu a na głowach przy kołpakach piuropusze z orlich piór i pęki barwnych wstążek, lub kapelusze obszyte złotymi dukatami. Ważnym elementem stroju był skórzany pas sięgający prawie do pach. Pas zbójnicki wyposażony był liczne pochwy na noże i pistolety.


Zbójnicy najchętniej zabierali pieniądze. Dalej szły kosztowności ze złota i srebra, pierścionki, kubki, wazy, misy, lichtarze, łyżki. Również chętnie brali odzież, począwszy od surowego płótna aż do jedwabiu i adamaszku. Rabowali także żywność. Zdobyte rzeczy i pieniądze najchętniej przechowywali w spróchniałych wnętrzach drzew, najczęściej w jaworach i bukach. Drzewa te zbójnicy znaczyli przez nacinanie tzw. "krzesanie". Szczególnie trudna do przetrwania była dla zbójników zima, musieli oni szukać wtedy schronisk u ludzi. Rozchodzą się, ustalali sobie czas i miejsce zbiórki na rok przyszły. Początek i koniec zbójowania w ciągu roku łączył się z rozwijaniem i opadaniem liści bukowych. Buk był dla zbójników jak gdyby zegarem. Gdy buki zaczynały pokrywać się młodą i delikatna zieleniną, sezon zbójecki należało uważać za rozpoczęty. Wtedy zbójnicy tak śpiewali:

"Pójdźmy chłopcy kraść i zbijać
Bo ni momy za co pijać
Ej, bo sie zapocyno
Ej, bo sie zapocyno
Bucyna ozwijać"

Największy rozwój zbójnictwa na terenach Beskidów Zachodnich przypada na wiek XVII i XVIII. Wtedy to zwiększał się pańszczyźniany ucisk na chłopów. Miłujący swobodę górale śpiewali:

"Panowie, panowie, będziecie panami,
ale nie będziecie rządzić góralami".

Najwięcej jednak młodych górali uciekało przed poborem do obcych armii, skąd nieraz wracało się ze zrujnowanym zdrowiem... Zbójowanie wydawało im się azylem bezpieczeństwa i symbolem wolności- życia na "ślebodzie". Zbójnicy byli zwykłymi góralami zamieszkującymi wsie wyrębowe, często byli to Wołosi. Znajomość terenu jaką nabywali jako pasterze oraz ich częsta nieobecność w domu powodowała, że mogli zbójować bez ściągania na siebie podejrzeń. Organizowali się w bandy nazywane kompaniami czy familiami na których czele stał Harnaś- czyli zbójnicki hetman. Często wstąpienie do ich grona wiązało się ze złożeniem przysięgi, której zerwanie było karane zemstą towarzyszy.

Głównymi gniazdami zbójnictwa na terenach Żywiecczyzny były wsie Milówka i Kamecznica. Jednym wybitniejszych i bardziej znanych zbójników był Sebastian Bury, o którym Komoniecki w "Dziejopisie Żywieckim" tak pisał:
"Tegoż roku 1630 Sebastian Bury, hetman nad zbójcami, z towarzystwem swoim w żywieckim państwie i indziej grasował, mając kompaniję, która z chorągwią, za nim chodziła".
Bury wraz z reszta swej bandy został schwytany jeszcze tego samego roku. Komoniecki tak opisuje jego schwytanie:
"Tenże Sebastian Bury, hetman samodziesiądz do Szymona Szczotki przeszedł i księdza plebana u niego na traktamencie zastał. Tam tedy z księdzem plebanem ciesząc się kazał huczno trunków i jadeł nosić, poczynając jak na bezpiecznym miejscu. O tym, gdy wiadomość doszła do jego miłości pana Krzysztofa Czarnieckiego - starosty żywieckiego zaraz miastu kazał wynijść ze strzelbą i łapać zbójników. Wyszło tedy 150 mieszczan aż na Milówkę, gdzie Szymona Szczotki dom obskoczono, co spostrzegłszy jeden zbójca nazwiskiem Czyżyk ogłosił ich i pod kadź się skrył. Sebastian Bury w samodziesięć w obronę się wdał , wpadłszy na szopę ostrzeliwali się. A mieszczanie, dostawszy słomę, szopę podpalili w końcu Burego i siedmiu przy nim ujęli, albowiem ósmy, przebiwszy Soły, w wodę skoczył i przepłynął na drugi brzeg. Czyżyk, co się pod kadź skrył tajemnie się tam wysiedział, gdyż go nikt nie widział, tylko sam ksiądz, który jako kapłan nie wydał go. Tak ujęto Burego i siedmiu jego towarzyszy. Mieszczanie bali się prowadzić Burego lądem by go nie odbito, nie byli bowiem pewni, czy ludność okoliczna nie ujmie się za nimi. Zbudowali więc tratwę, na którą poukładali powiązanych zbójników i w ten sposób ich Sołą do Żywca przewieźli".
Tam ich los był już przesądzony- wszyscy mieli zostać straceni. Kat jak nakazywał zwyczaj podszedł do Burego i zapytał go o jego ostatnie życzenie. A oto jak owo życzenie brzmiało: ...Kciołbyk, cobyście mnie wszyscy panowie ślakcice, wszyscy sędziowie wszyscy wojacy, wszyscy miscuchy, ty kacie i wy wszyscy głuptocy coście się zgruchali dziwaj na zbójnickom śmierć - cobyście mnie wszyscy kielo wos haw jes- w goły zadek pocałowali- a wartko ... Chwilę później gdy wieszany był na haku za poślednie (czyli ostatnie) żebro, co było uważane za śmierć niezwykle honorowa, przewidzianą tylko dla harnasi, tak z fajtazją i humorem wołał: "Wio Bury do góry!". Pośledniejsi zbójnicy nie mogli liczyć na tak chwalebną śmierć. Tych często łamano kołem, ćwiartowano żywcem po uprzednich torturach, czy też przypalano. Znany jest wypadek wykonania egzekucji na zbójniku poprzez pokaleczenie go na całym ciele i zaszyciu w rulonie ze świeżej skóry bydlęcej. Zmarł on dopiero po kilku dniach zjedzony żywcem przez robactwo...

Tymczasem poczet zbójników żywieckich zawiera wiele innych bardzo ciekawych i niebanalnych postaci. Byli nimi hetmani zbójniccy- bracia Klimczakowie: Jan, Wojciech i Mateusz. Koniec wieku XVII był pełen wielu zaskakujących obrotów spraw. Lata te to czas walki Państwa Polskiego ze Szwedami podczas potopu. W okresie tym wielu górali chwyciło za broń i czynnie włączyło się do walki z najeźdźcą, zwłaszcza, że i okazja do wzbogacenia się była niemała. To zbójnikom Żywiec zawdzięcza ocalenie w 1656 roku. W latach 1685- 1686 trzy kompanie zbójeckie posiadały glejty pozwalające im na swobodne poruszanie się w terenie. Król Jan Kazimierz w oddzielnym piśmie polecił nawet opiekę nad tymi najbardziej zasłużonymi. Był wśród nich Jan Klimczak, któremu darował winy zbójnickie. Była to nagroda za pomoc udzieloną oddziałowi królewskiemu. Pozostali bracia Klimczakowie nie mieli tyle szczęścia. Wojciecha schwytano w 1695 roku i „na haku jako hetnama zawiesiwszy". Mateusz po napadzie na Łodygowice schwytany został w Mikuszowicach w 1697 roku i stracony na Krzemionkach w Krakowie.


Niechlubną chwałę zyskał Martyn Portasza, który w 1689 roku "z bratem swoim, a pachołkami dwudziestomapięcioma po Żywieckim Państwie i inszych okolicznych państwach zbójnictwem swym bardzo grasował, plebanie, dwory szlacheckie rabował". By złapać jego bandę wysłano nawet wojska z Krakowa. W dniu 16 listopada tegoż roku Portasz napadł na folwark w Węgierskiej Górce i uprowadził urzędnika Marcina Jaska, żądając za niego wysokiego okupu. Otrzymał 360 dukatów i 470 bitych talarów, które dostarczyła żona uprowadzonego. Portasz jednak nie dotrzymał obietnicy, nie oddał Jaska i rozkazał odrąbać mu głowę. Tego okrutnego mordu dokonano w Rajczy, przed karczmą, na oczach miejscowej ludności. Tego ludność nie potrafiła mu wybaczyć. To właśnie dzięki pomocy chłopstwa Portasza został schwytany. Stracony został na Grójcu.
"Roku Pańskiego 1689 dnia 10 stycznia Martyn Portasz albo Dzigosik z Bystrzyce wsi z Węgier, hetman nad 25 pachołków i zbójca daleko słynący, tu w Żywcu zginął (...) którego zawsze po trzydziestu mieszczan wartowało: Potym w zamku w sklepie pochodniami smolanemi onego męczono i osadzono na górze Grojcu przez kata Jurka krakowskiego stracono. Naprzód mu pasy dwa na plecach udarto i dwie ręce ucięto, a na ostatku żywo na haku, jako hetmana, zawieszono".
Wraz z nim stracono czterech innych jego ziomków. Egzekucje wykonywało czterech katów z Cieszyna. Wzięli oni za swoją pracę po 60 złotych od głowy, co władze miejskie poczytały za ohydne zdzierstwo, albowiem kat oświęcimski za tą samą robotę pobierał tylko po 10 złotych. Odtąd góra Grójec była przez długie lata miejscem egzekucji żywieckich przestępców.

Jednym z największych i zarazem ostatnich żywieckich zbójników był niejaki Proćpok z Kamasznicy. On i jego niemała 200 osobowa familia wsławiła się w XVIII wieku. Proćpok do zbójnictwa trafił za sprawą kłusownictwa, za które został skazany na więzienie w zamku w Wiśniczu, skąd po pół roku uciekł. Wróciwszy w rodzinne strony założył bandę złożoną z dezerterów wojska austryjackiego. Z baraniogórskich jaskiń gdzie się ukrywali urządzał wyprawy na Śląsk, Orawę a nawet Węgry. Ludowe podania mówią, że ponoć w czasie złej pogody zbójnicy skracali sobie czas, orząc leśne polany radłem, do którego sami się zaprzęgali. Takie "zbójnickie zagony" dochowały się podobno w lesie przy drodze ze szczytu Baraniej Góry na Halę Baranią. Nieuchwytny dla wojsk został zdradzony przez swoją kochankę i stracony przez powieszenie 26 stycznia 1796 roku. Słowa pieśni "O Zbóju Proćpoku" opisują schwytanie tak: "Śćtyty lata go szukali mało po próżnicy a go naszli u baby we wsi Kamasznicy". O dziejach tego zbójnika żywiecki poeta Zdzisław Maria Okular napisał legendę- dramat w 7 obrazach pt. "Godzinki zbójeckie". Autor tak pisze o zbójniku:

"Nie ma nad Proćpaka tęższego chłopaka
On kiedy pon jaki mo kabot złocisty
Cyrwone chodaki, pas rzymienisty cysty
Za pasym toporek i dukatów worek
Nie dba na dworaka, ani na wojaka
Choć trefi na zucha, zginie kieby mucha
Choć tysiąc górali, on się im wyśliźnie
Jak toporkiem piźnie, z rudnicy wypali
Uciekoj kto może, bo zginies nieboze."

O Proćpoku opowiadała także ur. w 1882 r. w Kamesznicy pani Regina Kubica. Tak mówiła o zbójniku: "Kroćpok był strasnym zbójnikiem, miyskoł w lasach i grasowoł, pło wioskak. Kiedy mojo babka, a już temu jakich 180 lat - miała 18 roków to Kroćpoka wisyali. Kroćpok pochodził z Kamesznicy, z Cyrwiyńskich, Prepinatorów. Dzisiaj już ród jego wygos. Herc Kroćpok był dla jednyk dobry, a dla drugik zły. Ale tam biydnymu nigdy nie krod. Ale miał ci siumną siajkę. Kryli się łuni nojwiyncyj no Nowokówce. Złoto chowali na "Niymcowym groniu". tam to mieli pełniutko w ziymi korytarzy. Jakbyś tam weseł to byś nie wyseł. Pryndzy chodzili po wsi tacy łolyjkorze, co mieli łolejki, no i też ich złapał Kroćpok na Barani. Co mieli to im zabrał, a Robie kazali łobyjść ich dookoła i wpakować noz w brzuch. Inni łolyjkorze uciekli, a trochę ich wytłukli. Roz seł chłop, nazywali go stary Marcin, no i seł na jarmark. Spotkali go zbójnicy. Herc Kroćpok pyto go: powiydze na jakos jest tyn Kroćpok? Cy dobry? Wszyscy ślipiami go miyrzą. A chłop pado: " Nady tez tyn Kroćpok dobry, bo złym biyrze, a bidnym daje". Kroćpok na to: Mos za to i idz se kupic krowe, bo nimos mlyka dlo dzieci, a jak powiedzies kupionom z jarmarku, to ją tu przywiyź, bło my ją piyrsy raz podojemy. Kroćpok chłopu doł gros piyniyndzy i kozoł chłopu iś. Chłop kupił bogatą krowe, przywiod do lasu, a Kroćpok nastawił kapelus, podoił, napił się, i kozoł iś chłopu do chałupy. Jesce zawołoł za nim: " Ty, ale zaś ło tym powiydz wsystkim". Ku dziywce chodził Kroćpok 3 roki. Jak ją zastał syć to ji wdy godoł: " Syj tak, abyś się nie popchała, bo mi się nie bydzie dazyć". Zwiedzieli się o tym urzydnicy, dziywke dali miyndzy belki, a bili na grabinie, skozali do Chabdzioka, ze bydzie obława. Wiecor przyseł Kroćpok do dziywki. "Boli mnie tez głowa" - godo dziywka. " No moze juz ześ powiydziała o mnie?" - Kroćpok na to. Kroćpok usnoł. Ona spościła sie po kachlu do kurnika. Jak urzydnicy przyśli robić sarmache, Kroćpok się przebudził. Patrzy - dziywki ni ma. Och! Już się zmiarkował co się świynci. Wyjął rewolwer, strzelił przez okiennice, chciał ja zabić. Potym rozerwoł swoje gacie, jesce inne wzioł, wyloz na strych, ze strychu na dach, z dachu na ziymie chip. Zmieszoł się z chłopami, kiej było ciymno. Potym rzyką do góry, od góry uciekł do Czerwieńskich. No do swojej chałupy. Było roz wesele u Zawady U Kacmorki. Zbójnicy tez przyśli. Herc Kroćpok tajcowoł z gospodynią i śpiywoł ji:

"Tajcuj ze se tajcuj
Kacmarecko tłusto
a bydzie za niedługo
stajenecka pusto"

Tymczasem zbónicy ukradli 5 krów ze stajni. Jak Wyseł Kroćpok na pole to śpiywoł:

"Doliną, doliną
za cerwonom kalinom
pochyl ze kłobuka
zachyl sie za buka"

Juz doś było ich grasowania. Zacyli chytać zbójników. Herc Kroćpok roz ukrywoł się w Żydowej chałupie pod powałem. A kiedy Jezuici dali na jego intencyjom, to Kroćpok oślep odkąd ukrywoł się w kaplicy u łupadku. Tam lezoł miydzy powałami. Ojciec jego przyniós mu jeść, ale i tak go później złopali. Koło Milówki wybudowali szubienice i tam mieli wszyckich zbójników wiysać"


Wielu ze znanych nam zbójników grasowało tuż za naszą dzisiejszą południową granicą. Pierwszym z nich był sławny Janosik. Często uważany był za zbójnika podhalańskiego tak naprawdę niewiele wspólnego miał z Tatrami. Urodził się w Terechovej niedaleko Żyliny. Miejscowość ta znajduje się około 15 kilometrów na południe od Zwardonia. Wraz z jego bandą zbójował przez ponad rok w okolicach Orawy i Liptowa. Został Stracony w Liptowskim Mikulaszu leżącym u podnóża Tatr. To stąd pewnie wzięły się legendy jakoby Janosik był góralem tatrzańskim. (Więcej informacji o Janosiku znajdziesz na stronie: http://www.zwoje-scrolls.com/)

Drugi z tych najsławniejszych- Ondraszek był zbójnikiem urodzonym w Jankowicach koło Frydyka i zbójował w górach Beskidu Śląsko-Morawskiego w okolicach Łysej Góry, czyli tuż za naszą dzisiejszą granicą. Według legend był obdarzony nadludzką siłą otrzymaną od samego diabła, któremu rozbójnik zaprzedał swą duszę. Zamordowano go w 1715 roku świadnowskiej karczmie obuchem od ciupagi. Mordu dokonał członek jego bandy- Juraszek. Skusiła go do tego wysoka nagroda wyznaczona za głowę Ondraszka. Zwłoki sławnego zbójnika poćwiartowano na rynku we Frytku- dla odstraszenia jego ewentualnych następców. Chciwość Juraszka została jednak ukarana. Nigdy nie ujrzał swojej nagrody- udawszy się po nią do Cieszyna został złapany i wrzucony do zamkowych lochów. Torturowany był tam przez łamanie kości w skutek czego zmarł.


zrodlo http://www.pttk.sltzn.katowice.pl/ZBOJNICY.HTM

Wróć do „Mity i Legendy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość